Nasza historia: Przyszedł Mahomet do góry!

„Uwaga! Nowa firma uczniowska poszukuje kreatywnych jednostek pragnących wykorzystać swoje umiejętności i stworzyć swój własny, oryginalny i niepowtarzalny wzór na skarpetki! W celu poznania szczegółów proszę o wiadomość na priv do mnie lub do…”


Ach… Grudzień 2017! Czasy kawy, tostów i ciast przechodzą w niepamięć. Nastaje nowa era – So!Socks.

Był moment gdzie myśleliśmy, tak właśnie nas zapamiętają: jako pierwszoklasistów niespełna rozumu, wywijających na środku klasy dwiema próbnymi skarpetkami z nowej kolekcji. „Cieplutkie, prosto z pieca!”, „Wpiszcie się na pre-orderową listę zanim wam uciekną!”, „Takich skarpetek jeszcze nie widzieliście – od nas dla was!”. Podtykaliśmy pod nos przewodniczącemu klasy wydrukowaną tabelkę z miejscem na wpisywanie zamówień i uciekaliśmy do kolejnej klasy rozpoczynając na nowo nasze przedstawienie.

 Pierwsza zasada rynku – wiedz jaki jest popyt…
albo go wygeneruj 😉

W ten sposób, posiadając jedynie prototyp gotowego produktu obserwowaliśmy i badaliśmy potencjalne grono konsumentów. Czy zechcą kupować zaprezentowane skarpetki? Czy cena nie jest za wysoka? Czy idziemy we właściwą stronę?

Gdy odzyskaliśmy uzupełnione tabele odetchnęliśmy z ulgą. Teraz z pewnością będziemy w stanie opłacić szwalnię! Pozostało tylko złożyć zamówienie i voilà! Po kilku tygodniach 200 par świeżutkich skarpet w dwóch obszernych kartonach trafia do naszych rąk.

Pozostały po przedsprzedaży towar zaprezentowaliśmy w holu głównym I LO oraz podczas zebrania z rodzicami. Ale ile skarpetek może kupić przeciętny uczeń? Nasze liceum to za mało – musieliśmy pójść o krok dalej…

… do innych szkół! Od początku trwania programu Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości byliśmy jedyną placówką w całym mieście, w której powstawały firmy uczniowskie. Wykorzystaliśmy ten fakt i z całym asortymentem wkroczyliśmy w mury zaprzyjaźnionych gimnazjów i liceów. Skarpetki okazały się strzałem w dziesiątkę zarówno dla uczniów jak i nauczycieli. Zachwyt każdego pojedynczego klienta dostarczał nam zapału do pracy na kolejne tygodnie.

Czasem przychylne słowo działa lepiej
niż poranna kawa.

Od tego momentu zdarzenia nabrały tempa. Jednego dnia chwalimy dobre imię szkoły na Targach „Absolwent”, drugiego zostajemy przygarnięci na weekendowe sprzedaże przez Park Trampolin Skokoloco, a trzeciego wałęsamy się po biurach Prezydenta Miasta i jego zastępców ustalając szczegóły naszego wystawienia się na miejskich festynach! Może to dobra passa, może szczęście nowicjuszy, a może potwierdzenie, że znamy się na rzeczy – sprzedajemy od 20 do nawet 100 par podczas jednej sprzedaży.

Nie zostawialiśmy jednak niczego czystemu przypadkowi. Wkroczyliśmy ze swoim produktem w dobrze znane nam środowisko, potem skoczyliśmy na głęboką wodę na spotkanie z klientem jednocześnie znajomym, bo z tych samych okolic i obcym, bo o guście skrajnie różnym od naszego młokosowatego. Chciałoby się powiedzieć: pchaliśmy się nawet tam, gdzie nas nie chcieli.

I czy to wywijając skarpetkami w powietrzu, czy sprzedając swoją historię rozdając ulotki, powoli wpisywaliśmy się w świadomość zielonogórzan wszelkiego wieku.

A te skarpeto-czapki na naszych głowach? Tego w szkole marketingu nie uczą!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *